Hoduję ten ból
po to pewnie
by spisać
ten wiersz na skrawku
dobrze wygarbowanej
skóry
mojej matki

A jak krzyczała
gdy ją obdzierano

Do żywego miejsca
a potem delikatnie
by nie uszkodzić
cienkiej siatki wrażliwości
odejmowano mięso
Jest taki chiński sposób
trzeba przyznać:
dobrze obmyślony


Rafał Wojaczek


myślokształt:
dodaj-|- zobacz



archaika:
2010
wrzesień
lipiec
kwiecień
2009
październik
sierpień
luty
styczeń
2008
listopad
sierpień
marzec
2007
grudzień
październik
czerwiec
marzec
2006
grudzień
listopad
październik
lipiec
czerwiec
kwiecień
luty
styczeń
2005
grudzień
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
październik
wrzesień
sierpień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec






wiwisekcja

19:06:04
"Nawet dziś naturze nie udaje się wyglądać na świeżo pomalowaną." E.Jelinek

Prosisz o ogień. Podaję ci go posłusznie, a ty w zamian przypalasz mi wnętrze dłoni żarem.

Mówisz, góra z górą się nie spotka, ale człowiek z człowiekiem zawsze. A my jesteśmy takie same.

Łagodnym ruchem sięgasz do mojej głowy, jakbyś chciała mnie pogłaskać, a może zdjąć nieistniejący pyłek. Wyrywasz mi włosy, jeden po drugim. (Wysublimowana pieszczota!) Wyrywasz mi włosy, żeby mnie klątwa nie dosięgła. Ta klątwa, którą widzę w twoich tęczówkach, krwiście wlewających się w białka oczu. Wyrywasz mi włosy, tak jak zrywasz kolejno klejnoty ze swoich uszu, rozrywając skórę.

Siedzimy na ławce z jedną tylko kawą w papierowym kubku. Trzymasz moją dłoń i strzepujesz na nią popiół.

Powtarzasz, jak mantrę – góra z górą… prawda? Prawda?! Zwijasz moje włosy w kłębuszek i mówisz, że trzeba włożyć pod poduszkę, tak trzeba.

Widzę, co masz w środku, mówisz, mnie nie oszukasz. Ja wszystko widzę. Ale nie chcę teraz nic od ciebie, mówisz dalej. Przyjdziesz do mnie niedługo i dasz mi. Dasz mi pierścionek, o taki. Dasz mi to, dasz mi jeszcze więcej, dasz mi. Przyniesiesz mi co zechcę. Zobaczysz.

Ale teraz nic od ciebie nie chcę, mówisz puszczając moją dłoń. I odchodzisz, zabierając wszystko. Jestem już pusta w środku, naprawdę!

Siedzę na ławce sama. Pusta, bez włosów, bez kawy w kubeczku. Odpalam jednego papierosa od drugiego, żeby nie czuć pustki w dłoni.

Chciałabym już pójść, ale nie wiem, jak rozplątać węzeł nóg.

 

e.




zapisane Dnia Pańskiego: 2010-09-10
skomentuj (0)

00:52:59
"Już, nagle zawstydzona, krew we mnie się garbi." R.Wojaczek

Autosugestia. Autoerotyzm. Autoironia. Autodestrukcja.

***

Chciałaś dziś obudzić się wcześnie. Chciałaś wstać o świcie i wymknąć się niezauważona, prawda?

Tak, leżałam do wschodu słońca, powtarzając sobie, że lepiej będzie właśnie tak. Wstać bez słowa, wyjść po cichu. O wschodzie zamknęłam oczy. Tylko na chwilę.

Obudziłaś się za późno, dawno po świcie. Kiedy zniknęła szarość i chłód poranka? Podniosłaś się niezgrabnie, chwiejnie, niepewnie. Za późno.

Wyszłam prosto w upał przedpołudnia, w gorące i karcące słońce. W jego ośmieszającą nagość aurę. Jeszcze na piersiach i brzuchu czułam ciepło ciała obcego.

Na którymś z czerwonych świateł, na którymś ze skrzyżowań, przez które przechodziłaś z zamkniętymi oczami zapłakałaś ze złości i niemocy.

Zapłakałam bezgłośnie, trzymając się za głowę, żeby nie zerwał jej nagły wiatr, obnażając słabość i wstyd. W najgorętsze południe w moim życiu znalazłam drogę do własnego łóżka. Włączyłam cichą, za smutną muzykę. Zrobiłam śniadanie i mocną kawę do akompaniamentu wyjątkowo rozpaczliwie brzmiących skrzypiec. Zjadłam siedząc w pościeli. 

Zasnęłaś. Obudziło cię duszne, stojące powietrze. Otworzyłaś jeszcze bardziej zmęczone oczy, a twoja skóra była nagrzana jak jaszczurka wygrzewająca się w słońcu.

Ty mnie obudziłaś, twój oddech, twój zapach, którego nie rozpoznałam, którego nawet nie wyczuwałam we własnej pościeli. Rozdzieliłyśmy moje ciało na pół. Zarysowałyśmy, łącząc palce, granice, których nie rozumiem. Od mostka, przez piersi aż do podbrzusza. Wiwisekcja.

Zrywałaś skórę płatami, jak ze zdechłego zwierzęcia, jak suche liście. Nie rozpoznałaś dotyku swoich palców, a na ciele czułaś zapach wilgotnego powietrza.

Czując w skroniach szum i jakieś przykre otępienie napełniałam wannę zimną wodą. Zanurzyłam się w niej, czekając aż zaleje mi twarz i oczy. 

***

Jestem zmęczona. Nie – mówieniem – istnieniem – dopowiedzeniem – świadomością.

Nie mogę oddychać, ktoś zaciska mi ręce na szyi.

Zrobiłam trzecią kawę. Wypaliłam papierosa siedząc na parapecie. Moje oczy krótkowidza nie dostrzegają zarysów, ani ludzi. Puste Miasto po zmroku i moje mieszkanie puste. To wina wzroku, czy tego Miasta, że nawet na siódmym piętrze nie widać gwiazd? Jest za jasno, czy za ciemno?

Jesteśmy tylko my dwie. Ja i ty, moja głowo.

e.




zapisane Dnia Pańskiego: 2010-07-15
skomentuj (0)

16:58:36
"Poczucie wina" Pustki

Po winie staję się bardziej liryczna.

 Czy nie miłe jest to uczucie, na chwilę po ostatnim łyku? Po głębokim odetchnięciu, kiedy jeszcze czuć odrętwiające ciepło rozlewające się po ciele. Smak pestki owocu na podniebieniu. Gorzko-słodki, cierpki. Taki, który pamięta się z dzieciństwa, gorącego lata, zapachu drzew. Smak pestki owocu przypadkowo rozgryzionej.  

 * 

 Odkryłam na nowo rozkosz płynącą z przesłodzonej herbaty. Nasączyłam się tą słodyczą, aż do granicy rozpuszalności i nasycenia. Aż do mdłości. 

 „A ludzie dzielą się na mądrych i na tych, co słodzą.” 

 * 

 Zrzuciłam się ze schodów, wysyłając subtelną wiadomość podprogową. Niestety, życie okazuje się jednak nie być musicalem. Niekoniecznie ktoś złapie, gdy upadasz. (Tak więc nadal upadła jestem.) Książę zbyt piękny, by nadwyrężać swój mięsień poprzecznie prążkowany, myocardium. Księżniczka histeryczką jest i stany lękowe ma. 

Upadła i upadlam się. Dymem tytoniowym. Truję, zaciągam się już tylko sobą. Autoerotyzm mój własny, osobisty podpowiada, że do twarzy mi z tą upadłością, upodleniem, zadymieniem. 

Gdybyś ty poranił mi ciało, połamał duszę, nadgryzł kości. Podawałbyś mi papierosa. Z ust do ust byś mi podawał. Gniazdem dłoni, jak z tabakiery, jak tabakiera pachnącym. W zagłębieniu obojczyka zakotwiczałbyś niebieskość oczu, na podbrzuszu, w piersi. W piersi, która w noc jedną chabrami porosła. I w noc jedną kosą jak kat je straciłeś.

 * 

 Po winie staję się bardziej liryczna. 

 Rozbuchałam w sobie (nad wyraz skwapliwie i ochoczo) ukrytą w najprymitywniejszych częściach ciała namiętność i czułość, którą chciałam pogrzebać na zawsze. Rozgrzebałam uklepywany od zarania ból, niepokój i zgniliznę. Takie wiosenne porządki, aż się kurzyło.

 I jak zwykle. Zostałam z cudzymi majtkami w szafie.


e.



zapisane Dnia Pańskiego: 2010-04-27
skomentuj (0)

22:20:40
"Woda, zielona i głęboka, powoli mi zalewa usta" J.I.

Żywcem zjadają mnie robaki poznania dobrego i złego. Pogłębiają rany, znamiona, pory, bruzdy we wnętrzu dłoni i na zgięciach palców. Zatapiają się mikroskopijnymi szczękoczułkami w poszarpane tkanki. Nadgryzają delikatnie, łaskoczą aż do bólu. Przegryzły już kiedyś kręgosłup, z pewnością przerwały jakieś połączenia nerwowe, o tak. Straciłam półwęch, półsłuch i półwzrok. Nie potrafię odróżnić zgniłego rajskiego jabłka od śliwek, zielonych "z niebieskim puszkiem Chardina" (szkoda, bo "wiedza mieszka w śliwkach [...] wiedza niedostępna"). Ach! widziałam kiedyś jabłko Adama, ze śladem mych zębów i grzesznej miłości, kiedyś, dawno, dawno. Widziałam jak przełykasz to jabłko zatrute moją śliną. Dawno, dawno.

Gdybym umiała tak przywiązać się do człowieka, nie do miejsca. Chciałabym zanurzać się w oczach, nie pościeli. A gdyby tak w dłoniach, nie ustawieniu mebli? Gdyby tak...?

Gdyby tak odzyskać utraconą niewinność.

e.




zapisane Dnia Pańskiego: 2009-10-04
skomentuj (0)